czwartek, 13 sierpnia 2015

Opowieści z bagien: Wodnik

Opowieści z bagien
1.      Wieszcz z Bagien (tytułem wstępu)
Ludzie! Posłuchajcie opowieści z zatęchłej przeszłości! Wy, którzy opuściliście bagienne macierze , dajcie wpuścić w swe aluminiowe serca wiatr znad bagien! Wiatr przesiąknięty zapachem zbutwiałej kory, stęchłej mgły mokradeł, psujących się mysich trucheł! Wy, którzy zapomnieliście rodzimą olchę,  odżegnujecie się od powinowactwa z braćmi waszymi, bagiennymi pędrakami, ze wstrętem oczyszczacie lakierki z gliniastego podłoża! Posłuchajcie Wieszcza z Bagien! Mój głos jest wiatrem świszczącym w borze, kiedy zapada zmrok. Mój głos jest głosem kukułki na rozgrzanej latem łące. Mój głos to głos Wodnika na leśnym uroczysku, przyzywającym ciebie, dziewczyno, po imieniu! On to nie pozwala wam spać w niezwykłe noce, on to budzi was w trwodze o czarnej przedporannej godzinie! Nie zakrzykuj mojego głosu. Oddzielacie się od bagiennego podłoża piętrami betonu, udajecie, że zapomnieliście o mnie… choćbyście jednak wjechali windą na sam szczyt przeszklonej wieży z aluminium, pierwotna wilgotna lepkość mych opowieści was dosięgnie.  Jest bowiem częścią was. W waszych sercach tkwią od narodzin zarodźce paproci, które rosną podlewane tęsknotą , coraz bardziej je oplatając, a kiedy w końcu i one zamienią się w torf, tako i wy na powrót staniecie się częścią mokradeł.  Nie odwracajcie więc obojętnie głowy, wystawcie swe małżowiny na mój lubieżny szept. Posłuchajcie opowieści, co było przed i co będzie po.  Jesteśmy bowiem wszyscy niekształtną kulą torfu mknącą bez celu przez świetlistą, zimną przestrzeń. Nic nie ma sensu i nic nie ma początku, posłuchajcie więc moich historii, szumi je wiatr, szumią je liście roślin, których korzenie sięgają nieskończoności.

Opowieść Pierwsza: Wodnik


Zmrok już zapadał, przynosząc ulgę zmęczonej upałem przyrodzie. Światło niepostrzeżenie zmieniało barwę z pomarańczowej na szarą. Cienie stawały się coraz dłuższe, by za chwilę zniknąć. Na torach, wciąż rozgrzanych sierpniową spiekotą, poruszała się chwiejnie kobieca postać. Stoczyła się z nasypu. Łapiąc równowagę, ruszyła w stronę majaczącej się w oddali ciemnej plamy lasu.

- Dokąd biegnieszszszsz dziewczyno? – szeleściły oplatające jej nogi długie, suche trawy –sssstój…
- ZZZZatrzymaj się  - bzyczały do ucha szukające wieczornego schronienia trzmiele.
Zdawała się nie słyszeć. Pot spływał po przybrudzonej twarzy. Szybkie dudnienie serca wyznaczało rytm chybotliwym krokom. 

Gdy dotarła do lasu, słońce niemal już zaszło. Otuliła ją zimna wilgotność. Niestrudzenie szła dalej, nie zwracając uwagi na uskakujące spod jej stóp małe żabki i Leśne Panny przypatrujące się jej zza drzew. Gałęzie chłostały ją po twarzy. W koronach drzew dało się słyszeć pierwsze pohukiwania nocnych ptaków. Gdzieś w oddali majaczyły się dźwięki smętnej, hipnotyzującej melodii. To Faun wyszedł ze swej pieczary i przygrywając na fletni, próbował skusić zamieszkujące oczka wodne płoche nimfy do wspólnych tańców i udziału w orgii. Tuż nad ziemią i na wysokości wzroku rozbłyskały małe ogniki. Las witał nadejście upojnej, upalnej nocy.

Desperacki marsz dziewczyny utracił nieco tempa. Załzawione oczy zaczęły zauważać poruszające się w mglistej ciemności zarysy postaci. Uszy, wcześniej zasłuchane we własny lament, raz po raz wyławiały niepokojące szelesty, chichoty, a może głosy niesłyszalnych za dnia zwierząt. Kroki stały się ostrożniejsze, coraz bardziej niepewne. Dziewczyna rozglądała się na boki. – Gdzie ja do cholery jestem?- wyszeptała.

Kilka godzin temu, gdy wybiegła z domu w samej letniej sukience i bez pantodli, w jej głowie pojawił się desperacki zamiar zakończenia swego życia w leśnym jeziorku. Teraz jednak noc ochłodziła jej gorączkę. Dziewczyna z niepokojem rozglądała się wokoło.

Im dłużej jednak wsłuchiwała się w nocne odgłosy lasu, tym większy spokój ogarniał jej duszę. Los, który jeszcze niedawno zdecydowała się przerwać, zdawał się być myriadą podobną światełkom zapalanym przez świetliki. Nagle, w niemal całkowitej ciemności, ujrzała Drogę.

***
Wodnik rozciągnął wygodnie swoje obłe cielsko i ziewnął, aż bąbelki gazu ukazały się na powierzchni mokradła.  Coś zakłóciło jego spokojny sen. Coś… zapach dziewicy.
Resztki senności odeszły błyskawicznie. Wynurzył łeb nad bagno i powęszył intensywnie. –Taaak… Jest niedaleko…- rozmarzył się- ile to już czasu minęło, kiedy ostatni raz dane mi było nacieszyć się jędrną dziewką.

Gwizdnął przeciągle. Po chwili z oddali dało się słyszeć stukot kopytek i nad zaroślami ukazało się poroże jednego z Faunów.
- Faunie Pedofilusie, stary druhu…Czy słyszysz, że zmierza ku nam piękna dziewica? Nie chciałbym, żeby przeszła koło mojej krynicy rozkoszy jak gdyby nigdy nic…- zarechotał-  Przyprowadź ją do mnie, a obiecuję, że wszyscy mali chłopcy, jacy zagubią się w lesie trafią prosto do twojej groty.
- Mówisz i masz – Faun wydobył z sierści swoją fletnię i rozochocony zniknął z powrotem w krzakach okalających mokradło.

Minęło chwil mało-wiele. Wodnik tymczasem z radością przygotowywał się na spotkanie. Muł u nabrzeży bagna przystroił sześcioma słusznych rozmiarów pochodniami. Bagno skąpane w złotym blasku wyglądało zarazem uroczyście i tajemniczo. Która dziewczyna nie dałaby się skusić na kolację w takiej scenerii, cóż z tego, że zakończoną jej własną konsumpcją! 

Z oddali dało się słyszeć narastający, słodki jak miód, wibrująco-hipnotyzujący dźwięk fletni. Zaraz potem z dzikim chichotem z zarośli wypadł Faun, jednym susem przeskoczył mokradło i rozpłynął się w okalającej las aksamitnej ciemności. Wkrótce z krzaków wyłoniła się smukła, dziewczęca postać. Białka oczu wywrócone miała do góry, usta rozchylone, w długich jasnych włosach mnóstwo traw i gałązek. Szła powoli, jak we śnie.


Drogie dzieci, wychowane wśród szkła, betonu, aluminium! Przerwę w tym miejscu, albowiem nie dane wam było poznać wodniczych zwyczajów. Otóż magia Wodnika chcącego zwabić dziewczynę polega na żałobliwie kuszącym nawoływaniu jej imienia. Jeśli tylko dziewica odwróci wzrok i spojrzy prosto w żabie źrenice wodnika, nie ma, ach nie ma dla niej ratunku! Jej drobne kosteczki spoczną na wieki na dnie bagniska.

Wodnik zawahał się chwilę. Próbował z jej przyspieszonego oddechu wyczytać imię dziewczyny.  Nagle zamarł.
- To ty, Guan Yin? – zabulgotał cicho drżącym głosem.
Dziewczyna ocknęła się. Nie do końca przytomnie szepnęła:
-Szukałam cię, Boddhisatvo*…
Ich spojrzenia skrzyżowały się. Wodnik poczuł, jak miękka i subtelna, acz nieubłagana siła wyciąga go z bagien w kierunku stojącej w złotej poświacie niedoszłej samobójczyni, Bogini Miłosierdzia. Zdążył jeszcze zerwać unoszący się na powierzchni mokradła kwiat lotosu. Drżącymi mackami zatknął go za ucho jaśniejącej Guan Yin. – Znasz moje prawdziwe imię  -  wyszeptał.
- Dość już tego gwałcenia i pożerania dziewic, Boddhisatvo.  Twoje mroczne , słowiańskie wcielenie Wodnika ma się ku końcowi. Dostrzegłam w tobie naturę buddy. Jesteś wolny. Chciałabym jednak, abyś wraz ze mną kroczył jednak jakiś czas przez czerwony pył samsary, przynosząc przebudzenie innym czującym istotom zamieszkującym te ponure chaszcze.
- Oczywiście, Guan Yin – z gorliwością neofity przyklasnął jej propozycji Wodnik – zacznijmy zatem od tego zwyrodnialca Fauna, jestem pewien, że przetrzymuje w swojej jaskini co najmniej kilku małych chłopców , zabłąkanych podczas grzybobrania – chodźmy ich wyzwolić.
- Siła naszego współczucia pozwoli mu ujawnić światło w nim ukryte – zgodziła się Bogini.
Trzymając się za ręce , dwie postaci oddaliły się w mglistej poświacie jutrzenki.


*Bodhisattwa (skt.: बोधिसत्त्व bodhisattva, dosł. przebudzone dobro; tyb. བྱང་ཆུབ་སེམས་དཔའ་, Wylie: byang chub sems dpa' , dosł. bohater umysłu oświecenia; chiń. 菩薩, pinyin: púsà, kor. 보살 posal; jap. bosatsu; wiet. bồ tát) – w buddyzmie tradycji mahāyāna istota, która przez systematyczne ćwiczenie wyzwalających działań (skt. paramita) dąży do stanu buddy, kierując się altruistyczną motywacją przynoszenia pożytku innym.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz