Opowieści z bagien
1.
Wieszcz
z Bagien (tytułem wstępu)
Ludzie! Posłuchajcie opowieści z zatęchłej przeszłości! Wy,
którzy opuściliście bagienne macierze , dajcie wpuścić w swe aluminiowe serca
wiatr znad bagien! Wiatr przesiąknięty zapachem zbutwiałej kory, stęchłej mgły
mokradeł, psujących się mysich trucheł! Wy, którzy zapomnieliście rodzimą
olchę, odżegnujecie się od powinowactwa
z braćmi waszymi, bagiennymi pędrakami, ze wstrętem oczyszczacie lakierki z
gliniastego podłoża! Posłuchajcie Wieszcza z Bagien! Mój głos jest wiatrem
świszczącym w borze, kiedy zapada zmrok. Mój głos jest głosem kukułki na
rozgrzanej latem łące. Mój głos to głos Wodnika na leśnym uroczysku,
przyzywającym ciebie, dziewczyno, po imieniu! On to nie pozwala wam spać w
niezwykłe noce, on to budzi was w trwodze o czarnej przedporannej godzinie! Nie
zakrzykuj mojego głosu. Oddzielacie się od bagiennego podłoża piętrami betonu,
udajecie, że zapomnieliście o mnie… choćbyście jednak wjechali windą na sam
szczyt przeszklonej wieży z aluminium, pierwotna wilgotna lepkość mych
opowieści was dosięgnie. Jest bowiem
częścią was. W waszych sercach tkwią od narodzin zarodźce paproci, które rosną
podlewane tęsknotą , coraz bardziej je oplatając, a kiedy w końcu i one
zamienią się w torf, tako i wy na powrót staniecie się częścią mokradeł. Nie odwracajcie więc obojętnie głowy,
wystawcie swe małżowiny na mój lubieżny szept. Posłuchajcie opowieści, co było
przed i co będzie po. Jesteśmy bowiem
wszyscy niekształtną kulą torfu mknącą bez celu przez świetlistą, zimną
przestrzeń. Nic nie ma sensu i nic nie ma początku, posłuchajcie więc moich
historii, szumi je wiatr, szumią je liście roślin, których korzenie sięgają
nieskończoności.
Opowieść Pierwsza: Wodnik
Zmrok już zapadał, przynosząc ulgę
zmęczonej upałem przyrodzie. Światło niepostrzeżenie zmieniało barwę z
pomarańczowej na szarą. Cienie stawały się coraz dłuższe, by za chwilę zniknąć.
Na torach, wciąż rozgrzanych sierpniową spiekotą, poruszała się chwiejnie kobieca
postać. Stoczyła się z nasypu. Łapiąc równowagę, ruszyła w stronę majaczącej
się w oddali ciemnej plamy lasu.
-
Dokąd biegnieszszszsz dziewczyno? – szeleściły oplatające jej nogi długie,
suche trawy –sssstój…
-
ZZZZatrzymaj się - bzyczały do ucha szukające
wieczornego schronienia trzmiele.
Zdawała
się nie słyszeć. Pot spływał po przybrudzonej twarzy. Szybkie dudnienie serca
wyznaczało rytm chybotliwym krokom.
Gdy dotarła do lasu, słońce niemal już
zaszło. Otuliła ją zimna wilgotność. Niestrudzenie szła dalej, nie zwracając
uwagi na uskakujące spod jej stóp małe żabki i Leśne Panny przypatrujące się
jej zza drzew. Gałęzie chłostały ją po twarzy. W koronach drzew dało się
słyszeć pierwsze pohukiwania nocnych ptaków. Gdzieś w oddali majaczyły się dźwięki
smętnej, hipnotyzującej melodii. To Faun wyszedł ze swej pieczary i
przygrywając na fletni, próbował skusić zamieszkujące oczka wodne płoche nimfy
do wspólnych tańców i udziału w orgii. Tuż nad ziemią i na wysokości wzroku
rozbłyskały małe ogniki. Las witał nadejście upojnej, upalnej nocy.
Desperacki marsz dziewczyny utracił nieco
tempa. Załzawione oczy zaczęły zauważać poruszające się w mglistej ciemności
zarysy postaci. Uszy, wcześniej zasłuchane we własny lament, raz po raz
wyławiały niepokojące szelesty, chichoty, a może głosy niesłyszalnych za dnia
zwierząt. Kroki stały się ostrożniejsze, coraz bardziej niepewne. Dziewczyna
rozglądała się na boki. – Gdzie ja do cholery jestem?- wyszeptała.
Kilka godzin temu, gdy wybiegła z domu w
samej letniej sukience i bez pantodli, w jej głowie pojawił się desperacki
zamiar zakończenia swego życia w leśnym jeziorku. Teraz jednak noc ochłodziła
jej gorączkę. Dziewczyna z niepokojem rozglądała się wokoło.
Im dłużej jednak wsłuchiwała się w nocne
odgłosy lasu, tym większy spokój ogarniał jej duszę. Los, który jeszcze
niedawno zdecydowała się przerwać, zdawał się być myriadą podobną światełkom
zapalanym przez świetliki. Nagle, w niemal całkowitej ciemności, ujrzała Drogę.
***
Wodnik rozciągnął wygodnie swoje obłe cielsko
i ziewnął, aż bąbelki gazu ukazały się na powierzchni mokradła. Coś zakłóciło jego spokojny sen. Coś… zapach
dziewicy.
Resztki
senności odeszły błyskawicznie. Wynurzył łeb nad bagno i powęszył intensywnie.
–Taaak… Jest niedaleko…- rozmarzył się- ile to już czasu minęło, kiedy ostatni
raz dane mi było nacieszyć się jędrną dziewką.
Gwizdnął przeciągle. Po chwili z oddali
dało się słyszeć stukot kopytek i nad zaroślami ukazało się poroże jednego z
Faunów.
-
Faunie Pedofilusie, stary druhu…Czy słyszysz, że zmierza ku nam piękna
dziewica? Nie chciałbym, żeby przeszła koło mojej krynicy rozkoszy jak gdyby
nigdy nic…- zarechotał- Przyprowadź ją
do mnie, a obiecuję, że wszyscy mali chłopcy, jacy zagubią się w lesie trafią
prosto do twojej groty.
-
Mówisz i masz – Faun wydobył z sierści swoją fletnię i rozochocony zniknął z
powrotem w krzakach okalających mokradło.
Minęło chwil mało-wiele. Wodnik tymczasem z
radością przygotowywał się na spotkanie. Muł u nabrzeży bagna przystroił
sześcioma słusznych rozmiarów pochodniami. Bagno skąpane w złotym blasku
wyglądało zarazem uroczyście i tajemniczo. Która dziewczyna nie dałaby się
skusić na kolację w takiej scenerii, cóż z tego, że zakończoną jej własną
konsumpcją!
Z oddali dało się słyszeć narastający,
słodki jak miód, wibrująco-hipnotyzujący dźwięk fletni. Zaraz potem z dzikim
chichotem z zarośli wypadł Faun, jednym susem przeskoczył mokradło i rozpłynął
się w okalającej las aksamitnej ciemności. Wkrótce z krzaków wyłoniła się
smukła, dziewczęca postać. Białka oczu wywrócone miała do góry, usta
rozchylone, w długich jasnych włosach mnóstwo traw i gałązek. Szła powoli, jak
we śnie.
Drogie dzieci, wychowane wśród szkła,
betonu, aluminium! Przerwę w tym miejscu, albowiem nie dane wam było poznać
wodniczych zwyczajów. Otóż magia Wodnika chcącego zwabić dziewczynę polega na
żałobliwie kuszącym nawoływaniu jej imienia. Jeśli tylko dziewica odwróci wzrok
i spojrzy prosto w żabie źrenice wodnika, nie ma, ach nie ma dla niej ratunku!
Jej drobne kosteczki spoczną na wieki na dnie bagniska.
Wodnik zawahał się chwilę. Próbował z jej
przyspieszonego oddechu wyczytać imię dziewczyny. Nagle zamarł.
- To
ty, Guan Yin? – zabulgotał cicho drżącym głosem.
Dziewczyna
ocknęła się. Nie do końca przytomnie szepnęła:
-Szukałam
cię, Boddhisatvo*…
Ich
spojrzenia skrzyżowały się. Wodnik poczuł, jak miękka i subtelna, acz
nieubłagana siła wyciąga go z bagien w kierunku stojącej w złotej poświacie
niedoszłej samobójczyni, Bogini Miłosierdzia. Zdążył jeszcze zerwać unoszący
się na powierzchni mokradła kwiat lotosu. Drżącymi mackami zatknął go za ucho
jaśniejącej Guan Yin. – Znasz moje prawdziwe imię -
wyszeptał.
-
Dość już tego gwałcenia i pożerania dziewic, Boddhisatvo. Twoje mroczne , słowiańskie wcielenie Wodnika
ma się ku końcowi. Dostrzegłam w tobie naturę buddy. Jesteś wolny. Chciałabym
jednak, abyś wraz ze mną kroczył jednak jakiś czas przez czerwony pył samsary,
przynosząc przebudzenie innym czującym istotom zamieszkującym te ponure
chaszcze.
-
Oczywiście, Guan Yin – z gorliwością neofity przyklasnął jej propozycji Wodnik
– zacznijmy zatem od tego zwyrodnialca Fauna, jestem pewien, że przetrzymuje w
swojej jaskini co najmniej kilku małych chłopców , zabłąkanych podczas
grzybobrania – chodźmy ich wyzwolić.
-
Siła naszego współczucia pozwoli mu ujawnić światło w nim ukryte – zgodziła się
Bogini.
Trzymając
się za ręce , dwie postaci oddaliły się w mglistej poświacie jutrzenki.
*Bodhisattwa (
skt.:
बोधिसत्त्व bodhisattva, dosł.
przebudzone
dobro;
tyb. བྱང་ཆུབ་སེམས་དཔའ་,
Wylie:
byang chub sems dpa' , dosł.
bohater
umysłu oświecenia;
chiń. 菩薩,
pinyin:
púsà,
kor. 보살 posal;
jap. bosatsu;
wiet. bồ tát) – w
buddyzmie
tradycji
mahāyāna
istota, która przez systematyczne ćwiczenie wyzwalających działań (
skt. paramita)
dąży do stanu
buddy,
kierując się altruistyczną motywacją przynoszenia pożytku innym.